Przejdź do treści
Blog
Porady

Od czego zacząć swoją przygodę z kolorowaniem?

Kupujesz u nas kolorowankę i od razu wiesz. To nie jest gotowiec z półki, który leży i czeka na kogokolwiek. Jest zrobiona pod Ciebie, według Twojego pomysłu, z Twoimi bliskimi w roli głównej. Ty. Ktoś, kogo kochasz. Pies, który naprawdę wygląda jak Twój futrzak. I nagle okazuje się, że do takiej kolorowanki nie potrzebujesz całego studia artystycznego. Wystarczą markery i chwila, w której nikt Cię nie pogania.

Jakie markery?

Najlepiej alkoholowe. Dają te miękkie przejścia, od których papier nabiera trójwymiarowości . Cień na policzku robi się subtelny, światło siada na włosach, fałda swetra nabiera objętości i ktoś na kartce nagle wygląda jak żywcem wyciągnięty z Twojego wspomnienia. Projektanci od lat sięgają po nie właśnie dlatego. Warstwa kładzie się na warstwę, jaśniejszy odcień rozmywa granicę i płaski szkic robi się miękki, trójwymiarowy, prawie żywy.

Skąd to się wzięło? W 1953 Sidney Rosenthal skleił filcową końcówkę z buteleczką tuszu i tak powstał Magic Marker. Projektanci złapali się tego od razu, bo farba schła za wolno, a klient czekał na elewację albo szkic sukienki. Późniejsze markery pięknie blendowały, ale śmierdziały i mazały się jak Twój były po ” męskim wieczorze gier”. Coś strasznego. W 1987 japońska Izumiya wypuściła Copica, nazwanego od copies, bo inspiracją była kserokopiarka. Architekci zostali przy nich. Szybko, czysto, da się dolewać tusz. Dziś tym samym, profesjonalnym narzędziem kolorujesz policzek bestie.

Na tym naprawdę możesz skończyć.

Miłe urozmaicenie.

A jak Ci się zachce więcej, dorzuć markery akrylowe. Kryją to, co leży pod spodem, trochę jak farba czy podkład na świeżego pryszcza. I tu ta sama zasada co z podkładem – jakość ma znaczenie. Szukaj takich markerów, które mają dobre krycie. Nie musisz kupować całego pudełka na start. Wystarczy jeden biały. Położysz nim światło w oku, błysk na włosie, maleńką iskierkę, której wcześniej nie było. Albo poprawisz ten moment, kiedy ręka uciekła pół milimetra za linię i serce na sekundę staje.

Bo boli. Pięknie pokolorowana strona, i jeden bazgroł poza ramką. Jak plama na białej koszuli tuż przed wyjściem.

Da się to ogarnąć wcześniej, zanim ręka zdąży zawieść. Wokół ramki naklejasz washi tape, papierową taśmę z delikatnym klejem, zrobioną właśnie pod papier. Zanim przykleisz ją na dobre, zrób mały test na skrawku albo na marginesie. Niektóre kleje są delikatne tylko w opisie na opakowaniu, a potem zrywasz taśmę razem z włóknem kartki. Jak test przejdzie, kolorujesz spokojnie aż pod taśmę. Po wszystkim zrywasz ją powoli, i zostaje równa krawędź. Czysta. Jakbyś cięła nożem, tylko bez tego stresu.

I tyle sprzętu, naprawdę. Na początek kilka kolorów alkoholowych spokojnie wystarczy. Ten sam odcień, położony drugi i trzeci raz, robi się ciemniejszy i głębszy. Blend z jaśniejszym rozjaśnia, rozmywa granicę, daje ten miękki efekt jak z TikToka. Nie potrzebujesz stu czterdziestu sztuk, żeby strona wyglądała, jakby ktoś nad nią posiedział z czułością.

Markery w dłoń. Herbatę obok. I do roboty!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *